Opisać teesowskie opus magnum jako zawód to zabieg porównywalny do nazwania Borysewicza polskim Jimmy Pagem. Oto „Heavy Metal World”: album o chujowym tytule, chujowej okładce i dość chujowej zawartości.
Rok po debiucie TSA operuje zdecydowanie bliżej metalu niż na blues rockowym debiucie, który rozczarowywał między innymi niedostatkiem kopyta i deficytem jebnięcia. Po lekturze „Heavy Metal World” można jedynie siąknąć nosem, bowiem opolska szkoła mielenia pozostawia wiele do życzenia. Riffom Nowaka i Machela – poza chlubnymi wyjątkami („Ty, on i ja”, „Maratończyk”) – brakuje drajwu, a Piekarczyk ochoczo emituje ulubione ultradźwięki, które nie wyrządzają jednak lokalnemu posterunkowi Milicji Obywatelskiej najmniejszej szkody, strącając jedynie z drzewa rodzinę wychudłych wiewiórek. Wtórny, przemierzający w kółko te same rejony hard rockowy jazgot sporadycznie zbacza z obranej ścieżki, skutki której ekstrawagancji są albo opłakane (power metalowy „Heavy Metal World”), albo wprost żenujące (gimnazjum-bluesowy „Alien”). Jeśli na metalowej płycie zdecydowanie najlepszym numerem jest żartobliwe outro, to wiedz, że coś się dzieje – i to z pewnością nic dobrego.
Lirycznie, dość przewidywalnie, pokonują Piekarczyk i Rzehak swoimi harleyami krainy niezrozumienia, samotności, narkotyków i czyhających na bezbronnych metalowców ludożerczych kobiet. Usatysfakcjonowana i zadowolona z siebie „Heavy Metal World” stroi miny, męcząc i nużąc. Legenda sławiąca drugie wydawnictwo TSA to kompletne nieporozumienie. Nota: F
Lista utworów: 1. Kocica ★★★☆☆☆ 2. Ty, on, ja ★★★★☆☆ 3. Biała śmierć ★★★☆☆☆ 4. Alien ★☆☆☆☆☆ 5. Maratończyk ★★★★☆☆ 6. Koszmarny sen ★★☆☆☆☆ 7. Piosełka★★★☆☆☆ 8. Heavy Metal World ★☆☆☆☆☆ 9. TSA pod Tatrami ★★★★★☆ (średnia: 2.9/6)
TSA: „Heavy Metal World” Rok: 1984 Wytwórnia: Polton Personel: Marek Piekarczyk (muzyka, słowa, wokal), Stefan Machel (muzyka, gitara), Andrzej Nowak (muzyka, gitara), Janusz Niekrasz (muzyka, bas), Marek Kapłon (muzyka, perkusja), Jacek Rzehak, Stanisław A. Pacuła (słowa)
Jest rok 1983. Pośród socrealistycznej architektury centralnej Polski przychodzi na świat Berserk Etnograf. Youngowskie frazy przemykają po kątach mocno konwencjonalnego materiału o nikłej sile rażenia. TSA debiutuje głośno, lecz bez charakteru.
Stylistycznie krążą odziani w skóry opolanie pomiędzy hard rockiem a bluesem, każdorazowo pokonując tę trasę z imponującym – jak na okoliczności – zaangażowaniem. Kłopot w tym, że teesowska propozycja hardrockowa w dużej mierze sprowadza się do ciężaru gatunkowego obierków z kuchni polowej AC/DC – otwierające album „Wysokie sfery” to wręcz deklaracja programowej podległości. Dalej nie jest lepiej: wtórnego i niezbyt porywającego materiału nie ratują ani bluesowe eskapady („Trzy zapałki”, „Twoje sumienie”), ani piskliwy wokal Piekarczyka, już u progu lat osiemdziesiątych rażący archaizmem i postarzający materiał w wystarczającym stopniu, aby obciążyć go znaną z minionej dekady bezrefleksyjną hipiską.
Wiele do życzenia pozostawiają również efekty pracy departamentu ciężaru: oto bowiem na „TSA” odnajdzie nieskażony legendą opolan słuchacz zaledwie jeden przyzwoity riff („Nocny sabat”). Nie jest absolutnie studyjny debiut TSA nieporozumieniem czy porażką; łatwo odnieść wrażenie, że zagrał kwintet dokładnie to, co zagrać chciał, być może nawet brzmiąc dokładnie tak, jak sobie zaplanował. Solidność i dyscyplina nie czynią jednak z „TSA” pozycji interesującej, bowiem do tego przymiotnika meldunkowi Nowaka i Piekarczyka daleko. Nota: F
Lista utworów: 1. Wysokie sfery ★★★☆☆☆ 2. Ludzie jak dynie ★★★☆☆☆ 3. Nocny sabat ★★★★★☆ 4. Trzy zapałki ★★★☆☆☆ 5. Na co cię stać ★★★☆☆☆ 6. Jeden kroczek ★★★☆☆☆ 7. Twoje sumienie ★★★☆☆☆ 8. Bez podtekstów ★★★★☆☆ (średnia: 3.4/6)
TSA: „TSA” Rok: 1983 Wytwórnia: Polton Personel: Marek Piekarczyk (muzyka, słowa, wokal), Stefan Machel (muzyka, gitara), Andrzej Nowak (muzyka, gitara), Janusz Niekrasz (muzyka, bas), Marek Kapłon (perkusja), Jacek Rzehak, Andrzej Jakubowicz, Jacques Prevert (słowa), Konstanty Ildefons-Gałczyński (przekład)
Jedyny płytowy efekt połączonych sił Artura Rojka oraz muzyków Ścianki, potęgi polskiego undegroundu, broni się po siedemnastu latach skutecznie, aczkolwiek nie jest to obrona kompletnie pozbawiona wysiłku. Jakkolwiek jakość zdecydowanej większości „Uwaga! Jedzie tramwaj” nie podlega dyskusji, to ma słynny album również mankamenty, które owszem, mogły umknąć załzawionym krytykom u progu XXI wieku, ale niemalże dwie dekady później zdanie sobie z nich sprawy wydaje się dziejową koniecznością.
Psychodeliczna wyprawa w świat dzieciństwa Rojka prowadzi przez słoneczne ulice, ośnieżone parki, cyrki i torowiska tramwajowe, pomiędzy którymi dryfują Cieślak i Kowalczyk, bohaterowie drugiego planu, dziergający w tle nostalgicznych akordów foniczny czar, decydujący o sukcesie całego projektu. „Uwaga! Jedzie tramwaj” rezyduje bowiem na granicy piosenki i awangardy, snu i koszmaru, a utrzymują go w tym punkcie właśnie muzycy Ścianki, starający się za wszelką cenę bariery hałasu nie przekroczyć – a szkoda, panowie, wołam w stronę pustej kuchni. Szkoda, bowiem elementy mroku jawią się zbyt sporadycznymi, a cały album odrobinę zbyt cukierkowym, w takim również charakterze niestety wybrzmiewając za pomocą ostatniego utworu, „Otto Pilotto”, ma się rozumieć – rozmarzonego, ale trywialnie, bezrefleksyjnie i po chłopsku. Wrażenie niewykorzystanej szansy pozostawiają po sobie również „Karuzele, skutery, rodeo” oraz „Dzieci 2”, potencjalne burze z piorunami, w których kompania reprezentacyjna rodzimej alternatywy przełomu stuleci jakby nie pozwoliła sobie na przesadne harce, ugrzeczniając w efekcie utwory i dopinając na nich szkolny mundurek nieco na siłę.
Nie zmienia to faktu, że całościowo jest „Uwaga! Jedzie tramwaj” pozycją przejmującą i niezwykle wartościową. Nawet jeśli wbrew opinii wielu hipsterskich portali nie jest to jedno z najwybitniejszych osiągnięć w historii polskiej muzyki rozrywkowej – a nie jest; jest to, tylko i aż, bardzo, bardzo dobra płyta – to zdecydowanie kwalifikuje się jedyne wydawnictwo Lenny Valentino na honorową półkę krążków, których wysłuchanie w skupieniu raz na rok uważam za patriotyczny obowiązek. Nota: B+
Lista utworów: 1. Zniszczyłaś to czy zniszczyłem to ja ★★★★★☆ 2. Karuzele, skutery, rodeo ★★★★☆☆ 3. Jesteśmy dla siebie wrogami ★★★★★☆ 4. Chłopiec z plasteliny ★★★★★★ 5. Dzieci 2 ★★★★☆☆ 6. Uwaga! Jedzie tramwaj ★★★★★☆ 7. Dom nauki wrażeń ★★★★★☆ 8. Dla Taty ★★★★☆☆ 9. Trujące kwiaty ★★★★★★ 10. Otto Pilotto ★★★☆☆☆ (średnia: 4.7/6)
W rozświetlonym choinką studiu telewizyjnym siedzący na podłodze Panasewicz tłumaczy dziecku powagę najpotężniejszego z wyzwań, jakim jest życie. Borysewicz molestuje kamerę nieruchomym, wampirzym wzrokiem, uspokajająco plumka syntetyczny bas. Niewątpliwym highlightem klipu jest jednak reakcja kurczowo wczepionego w pluszowego misia chłopca na panasewiczowskie: „Daj mi dłoń”, a konkretnie – totalne przerażenie.
9. „Nie mów mi teraz dobranoc” Płyta:“Zimowe graffiti” [1996] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Janusz Panasewicz
Druga i niestety nie ostatnia dziś wizyta na „Zimowym graffiti”, na której to płycie działy się dwadzieścia dwa lata temu rzeczy straszne. Cyniczna, bełkotliwa parapoezja rozkwita na tle dźwiękowego smogu w „nocny płaszcz nieba” i „guziki gwiazd”, aby następnie powędrować w entuzjastycznie przez Lady Pank odwiedzanym kierunku nostalgii ludowej. Rozpalmy ognisko ze snów, nie trzeba już słów.
Żenujący hymn o niezłomności rokendrola, trwającego na przekór niezliczonym wrogom w najgłębszych zakamarkach sklepów muzycznych. Nie jest on bowiem, tłumaczy Mogielnicki, jak jakaś Coca Cola; jego trzeba po prostu czuć, tak samo jak z „panienką”. Numer wieńczy rechot zadowolonego z siebie, obślizgłego maskulinizmu, a ja wyszukuję w przeglądarce hasło: „zmiana płci”.
7. „Pani moich snów” Płyta:“Teraz” [2004] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Andrzej Mogielnicki zaprasza panie na warsztaty z bycia dobrą kobietą swego mężczyzny. W programie między innymi: aksamitna mowa, dawanie partnerowi świętego spokoju, okazywanie miłości i wstęp do trudnych nauk o tym, że mężczyzna nie zawsze jest pomnikiem smoleńskim i zdarzyć mu się może również słabszy dzień. Specjalne dyplomy Pani Jego Snów do odbioru w recepcji budynku Sony BMG.
6. „Wspinaczka (czyli historia pewnej rewolucji)” Płyta:“Strach się bać” [2007] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Mogielnicki na trudnym szlaku metaforyczno-politycznym. Poetycka diagnoza polskiej transformacji nadyma się aż po siwe skronie, budząc w efekcie tyle wzruszenia, co odnaleziona po latach reklamówka Baltony.
Pozostałoby prawdopodobnie „Nie omijaj mnie” tylko jedną z setek tysięcy hadrockowych mizerii końca lat osiemdziesiątych, gdyby nie moment ekstazy poetyckiej Jacka Skubikowskiego, który upstrzył toporną gitarową maź kawalkadą porównań i rozwiązań co najmniej zagadkowych, prym pośród których bez wątpienia wiedzie „biała ściana słów”. „Nie omijaj mnie jak kamień”, woła rozdzierająco Panasewicz, a ja, mimo dekad poświęconych na studiowanie tego tekstu w opuszczonych inkaskich ruinach, wciąż nie ogarniam.
4. „Wolności głos” Płyta:“Międzyzdroje” [1996] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Janusz Panasewicz
Prawdopodobnie najbardziej nijaki muzycznie utwór, jaki kiedykolwiek udało się kreatywnemu przecież Borysewiczowi wyemitować. Z odsieczą rusza Panasewicz, cesarz nostalgii ludowej, i tradycyjnie „zwariowane gonią dni”, „już od tylu, tylu lat poznajemy życia sens”, „całą noc i cały dzień ktoś na świecie rodzi się” i tak dalej. Sunie „Wolności głos” znikąd, donikąd i po niczym, co w sumie stanowi, jeśli się nad tym zastanowić, pewne osiągnięcie.
3. „Mały rastaman” Płyta:“Łowcy głów” [1998] Muzyka i słowa: Andrzej Łabędzki
Gitarzystę Andrzeja Łabędzkiego w trakcie jego siedmioletniego pożycia z zespołem Lady Pank tylko raz dopuszczono za stery kompozytorskie, z jakiegoś powodu dorzucając również literackie. Nie sposób odgadnąć czym koncept „Małego rastamana” tak zachwycił Borysewicza i Panasewicza, aczkolwiek bez wątpienia jest to jedno z największych dziwadeł w historii kapeli. Muzycznie track kultywuje karłowate polskie reggae, pochylające się z grafomańską zadumą nad problematyką jarania zioła, aczkolwiek trudno oprzeć się wrażeniu, że był to – przynajmniej do tego momentu – ostatni chyba kontent, jakiego na płycie Lady Pank należało się spodziewać.
2. „Święta, Święta” Płyta:“Zimowe graffiti” [1996] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Janusz Panasewicz
W środku miasta wybucha komercyjny wulkan, a po gorącej lawie na deskach z cynizmu spływają Panasewicz i Borysewicz, aby wręczyć zrozpaczonym rodzinom najgorszy świąteczny prezent w historii Rzeczpospolitej Polskiej. Niecna parszywość „Świąt, Świąt”, jak i całego „Zimowego graffiti”, jest wręcz galaktyczna. Rok 1996 na zawsze pozostanie w kalendarzach datą czarną niczym lej po lecie i zimie zniszczonych przez gejzer łotrostwa, obudzony przez Lady Pank dwoma okolicznościowymi albumami. Mam nadzieję, że śpicie, panowie, dobrze.
Przestaje być śmiesznie: zgredzkie wypominki o przelecianych laskach toczone są językiem parszywym i seksistowskim. Z patriarchalnego ping ponga pomiędzy Panasewiczem i Borysewiczem można dowiedzieć się który z nich był „pierwszy i lepszy”, komu jako pierwszemu „się znudziła” oraz kto otrzymał „oryginał dowodu miłości”, a kto taki dopiero „wyrabiał”. „Spuść powietrze, po co złość”, klepie mnie po plecach pojednawczo Panasewicz, „wszystkie kobiety przecież nasze są”. Nie wszystkie, panie artysta, całe szczęście. I nie klep mnie pojednawczo po plecach, bo sobie nie życzę. Ile kosztowała ta zmiana płci?
20. „Wielki supermarket” Płyta:„Strach się bać” [2007] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Oto przykład refleksyjnego, starczego popu, którego Lady Pank zarejestrowali zdecydowanie za mało, tracąc – szczególnie drugiej dekadzie lat dwutysięcznych – czas na odmładzanie targetu, płyty świąteczne i ekshumacje własnych przebojów. Zgadzają się harmonie, akcenty w refrenie przyjemnie haczykują, a pesymistyczna diagnoza, pomimo banalnego porównania, brzmi szczerze i poruszająco.
Sequel „O dwóch takich, co ukradli Księżyc” oryginałowi do pięt nie dorósł, a z całego przedsięwzięcia uratować można praktycznie tylko jeden numer; na szczęście dość fajny. Niby są czary i zmieniający się w osły ludzie, ale całe to gadanie o fantazji i wyobraźni uświadamia wyłącznie, jak daleko wylądował Borysewicz o geniuszu pierwowzoru, który magię na wszystkie strony świata emitował zamiast o niej pierdolić.
Numerów zgranych do usranej śmierci łatwo nie docenić i cisnąć z ulgą na śmietnik historii, co byłoby jednak w przypadku „Marchewkowego pola” poważnym błędem; pejzaż jest bowiem niezwykle sugestywny i konsekwentny, Kulminacyjne „wszystko się może zdarzyć” w akcie popisowego minimalizmu mówi jednocześnie wszystko i nic, a dziwaczne para-reggae brata się z psychodelią pod snopem rysunkowego siana.
17. „Tango stulecia” Płyta:„Ohyda” [1984] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Psychodeliczno-nowofalowe dziwadło, celujące w klimat skwaszonej sztuki teatralnej, co potwierdzają wykorzystane w klipie kostiumy i scenografia. Borysewicz niezwykle rzadko eksplorował te rejony, zapewne na skutek swoich hiciorskich ambicji; nie ma bowiem co ukrywać, że nie jest „Tango stulecia” ani specjalnie przebojowe, ani koncertowe.
16. „Sexy-plexi” Płyta:„Teraz” [2004] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Refren „Sexy-plexi” to małe dziełko sztuki o nieskończonej wręcz używalności. Numer miał potencjał na absolutny wakacyjny hymn, w czym przeszkodził, nie po raz pierwszy i ostatni zresztą, zgredzki tekst Mogielnickiego, pasujący do świeżo brzmiącego tracku jak pralka do obiadu. Szkoda w chuj.
15. „Sztuka latania” Płyta: „Sztuka latania” [składanka rożnych wykonawców, 1985] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Można naturalnie wyśmiewać słynne „life is brutal” i „dalej nic w teatrze lalek”, ale jest coś przeszywającego w wizji człowieka skaczącego ze szczytu bloku z wielkiej płyty, aby uciec z szarugi i przaśności polskiego socjalizmu. Zloopowana w nieskończoność fraza, oparta na szesnastkowym basie i prostym bice, potęguje tylko wrażenie sytuacji bez wyjścia.
Geniusz „O dwóch takich, co ukradli Księżyc” najłatwiej dostrzec we fragmentach, w których baśniowa narracja napotyka pesymistyczną diagnozę, pozostawiając słuchacza w pozbawionym tezy zawieszeniu. „Wciąż jedni są na górze, a inni o szczebel w dół”, mówi Panasewicz, a pozornie banalne „ooo” obija się głuchym echem o ściany obojętnej wieczności.
13. „John Belushi” Płyta:„Tacy sami” [1988] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Zbigniew Hołdys
Borysewicz, tym razem z asystą Hołdysa, u szczytu rzemiosła singlowego. Jakkolwiek nie ostała się z okresu stadionowego poprocka w twórczości Lady Pank żadna akceptowalna pozycja płytowa, to poszczególne fragmenty potrafiły osiągnąć bardzo wysoki poziom miodności. Znajduje ten stan rzeczy odzwierciedlenie również w niniejszym zestawieniu: w pierwszej dziesiątce i na jej bezpośrednich obrzeżach znalazły się aż trzy takie numery. Sztubactwo rzuconego w ejtisową przestrzeń „fałszywy świat!” wprawdzie nieco wadzi, ale cóż to jest za przestrzeń!
Bezczelność „Latającego kota” ujmuje i wysyła numer wprost w przestworza. Prosta melodia uwodzi szczerością, a Panasewicz emituje baśniowy tekst Mogielnickiego aroganckim wręcz tonem osoby dowodzącej absolutnej oczywistości, aby sfinalizować całość nieznoszącym sprzeciwu „gdy powiesz – tak nie bywa, trafiłeś kulą w płot”. Akt oskarżenia przeciwko konwencjonalizmowi.
Totowski „Made in Homo” to jeden z bardzo niewielu słuchalnych fragmentów „LP3”, który dla odmiany słuchalny jest bardzo. Przestrzenne gitary i zawieszony w half-time refren przędą interesujące i wytrawne cztery minuty muzyki, które niesłusznie przepadły w kawalkadzie borysewiczowskich hitów przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
To, co nie nie do końca wypaliło w „Sexy-plexi”, zażarło popisowo w mało znanej „Bulandzie”. Oto wakacyjny hymn doskonały, penetrujący gorące, sierpniowe niebo ponad głowami roześmianych plażowiczów. Aranż refrenu wybornie współgra z eskapistyczno-romantyczną liryką, a cały numer emituje wokół mocną, słodką woń lat dziewięćdziesiątych. Miód.
„Siedmioramienna tęcza” rozwija się przed uszami słuchacza powoli niczym podniebny most, którym wiedzie droga do nowego, lepszego świata. Numer nie tylko kreśli piękny, przestrzenny pejzaż, napełniając równocześnie serce naiwną wiarą, ale umiejscawia również banalne „la, la, la” w kontekście muzycznym nadającym mu pełną epickość i nadymając barwnie nieistniejąca treścią.
8. „Tacy sami” Płyta:“Tacy sami” [1988] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Jacek Skubikowski
Trudno się bronić przed nachalną przebojowością tego tracku i w zasadzie nie ma po co. Finisz lat osiemdziesiątych w pełni blasku: chórki, przedszkolne klawisze i proste bity. Starczy? Pewnie, że starczy. Duży bonus należy się za enigmatycznie pozbawiony czasownika refren: „tacy sami, a ściana między nami”, dzięki czemu ten najbardziej pasujący można stworzyć i wstawić w utwór samodzielnie.
7. „Kryzysowa narzeczona” Płyta:“Lady Pank” [1983] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Jeden z trzech numerów z debiutanckiej płyty wrocławian w pierwszej siódemce, ale jedyny zawdzięczający tę sytuację tekstowi. „Kryzysowa narzeczona” to złoty strzał Mogielnickiego, którego prawideł na przestrzeni dekad z reguły nie dawało się ani czytać, ani tym bardziej słuchać; tutaj jednak fraza poraża lekkością i precyzją, bezwysiłkowo meldując się pomiędzy najbardziej sceptycznymi zwojami mózgowymi. Za błyskotliwe „mogłaś być już na dnie, a nie byłaś; nigdy nie dowiesz się co straciłaś” oraz zapętlone w bridżu „wesołych Świąt” należy się autorowi dożywotnia zniżka na bilety komunikacji miejskiej w miejscu zamieszkania.
Perfekcyjne otwarcie (prawie) perfekcyjnej płyty, czyli dwuminutowy, tęczowy wpierdol. Skupiony na zadaniu Borysewicz rozpoczyna utwór od wykrzyknika, aby zakończyć go kropką, równie precyzyjną, co finałowa konstatacja: „był Księżyc, nagle znikł”. Był numer, nagle znikł.
5. „Zamki na piasku” Płyta:“Lady Pank” [1983] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Borysewicz wprawnie spina przestrzennymi pajęczynami terrorystyczną narrację oraz precyzyjny, niemalże drum’n’bassowy stelaż rytmiczny. Całość emituje naprawdę wiarygodnie skonstruowany nerw i brzmi – jak na 1983 rok – w chuj nowocześnie.
4. „Zostawcie Titanica” Płyta:“Tacy sami” [1988] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Grzegorz Ciechowski
Stadionowy pop borysewiczowski u szczytu formy, wzmocniony dodatkowo mistrzowskim zabiegiem aranżacyjnym w postaci pominięcia drugiej zwrotki; po fragmencie instrumentalnym niespodziewanie pojawia się bowiem zintensyfikowany, wykrzyczany bridż, kumulując się w być może jedynych w dyskografii Lady Pank sekundach wywołujących u słuchacza autentyczny dreszcz.
„Całe życie” obiera, kosztem potencjału singlowego, ścieżkę transową i wygrywa w ten sposób nagrodę może nie główną, ale znaczną, bowiem melduje się na najniższym stopniu ladypankowego podium. Tekst Mogielnickiego spotyka muzykę Borysewicza na najlepszym z etapów: koncepcji, skąd kontynuują wspólną podróż w górę strumienia narastającej furii. Tematycznie powiela „Całe życie” bardziej znane „Vademecum skauta” ze słynnego debiutu, sprawiając jednak dużo bardziej skanalizowane i przemyślane wrażenie. Oto odsyła bowiem czterowiersz: „Mówią: wyprostuj się; mówią: na kołdrze dłoń; mówią: zdolny, a leń; mówią: na ramię broń!”, zwieńczony bezsilną konstatacją w miejsce typowego dla Mogielnickiego sarkastycznego rymu, w bezpośrednie sąsiedztwo – przy zachowaniu wszystkich proporcji – watersowskiego „The Wall”, zaś truskawkę na torcie stawia fusionowy break. Brązowy medal.
Siedmioramienną tęczę przesłaniają chmury, a rysunkowe niebo przestaje się uśmiechać. „Czarownik”, podobnie jak „Hrabia”, wprowadza na „O dwóch takich, co ukradli Księżyc” warstwę niepokoju i podwójnego dna, potęgowaną przez nierozwiązany melodycznie refren. Cały świat się śmieje, gawiedź mdleje, ale uśmiech i optymizm ulatuje z obrazka niczym wilgoć z pustyni. „Hokus pokus i po krzyku”, mówi Panasewicz, a dzieciństwo się kończy. Srebrny medal.
1. „Wciąż bardziej obcy” Płyta:“Lady Pank” [1983] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Złoto wędruje do korzeni: „Wciąż bardziej obcy”, odważna coda debiutu, idzie pod prąd wszelkim radiowym ramom. Przestrzeń, proste słowa o wyobcowaniu i pozbawiony bębnów groove splatają się w absolutnie unikalne pięć i pół minuty w dyskografii Lady Pank. Samotność i złość, pozbawione sekcyjnego stelażu, kłębią się pod sufitem niczym sycząca, zielona mgła, uwolniona dopiero przez atmosferyczne, floydowe outro. Wielki numer, wielka sprawa, historia.