Śmierć, podatki, nowa płyta Lady Pank – oto wyspy przewidywalności w morzu chaosu, jakim jest życie. „LP40” nie przynosi zaskoczeń, ale też nikt poważny tego od weteranów dziad-rocka nie oczekiwał. Umówmy się: ostatnią odważną woltą stylistyczną popełnioną przez Borysewicza była „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”, a więc chwalebne wydarzenie sprzed, bagatela, trzydziestu jeden lat. Jakby na to nie patrzeć, czym by uszu nie zatykać – jest to kawał historii. Rozmaitej, mówiąc delikatnie, ale jednak historii.
Bez wątpienia jest „LP40” produktem przemyślanym: album podąża bowiem znaną z zaskakująco przyzwoitej „Miłości i władzy” ścieżką starczego, bujającego popu, wzbogacając brzmienie klarownymi akcentami ejtisowymi. Dostojnie zdelayowane gitary przemykają atmosferycznie ponad dość gęstymi zrostami sekcji rytmicznej, okazjonalnie wręcz floydując – ze skutkiem raczej gorszym niż lepszym. Koncepcyjnie formuła ta wydaje się – dla tego zespołu, w tym miejscu na osi czasu – jak najbardziej trafiona. Co więc znów poszło nie tak? Otóż: to, co zawsze – mimo poprawnego biznesplanu, z dwunastu numerów bronią się trzy, może cztery. Wychodzi więc na to, że na każdy udany track przypadają średnio trzy nieudane. Biorąc pod uwagę fakt, że w ciągu minionej dekady udało się Borysewiczowi przeskoczyć kompozytorską poprzeczkę – hojnie szacując – zaledwie jakieś dwa, trzy razy, jego kulfoniaste songwriterstwo zaskakiwać nie powinno. Wciąż, podchodząc do sprawy uczciwie i rzetelnie, nie wygląda wcale pod tym względem „LP40” najgorzej: znajdujemy na albumie bowiem tylko jedno kompletne nieporozumienie („Tego nie mogą zabrać nam”), zaś lista numerów akceptowalnych byłaby dłuższa o jedną pozycję, gdyby refren „Najcieplejszej zimy od tysiąca lat” ustał skok i nie zmarnował zgromadzonego przez zwrotkę i prechorusa bardzo sympatycznego kapitału starczego brykania.
Wstydu nie ma. „LP40” to płyta bardzo podobna do starszej o pięć lat „Miłości i władzy” i słusznie kontynuująca jej myśl przewodnią, przesuwającą Lady Pank z półki nie tylko wstydliwego, ale i skazanego na niepowodzenie mizdrzenia się do młodego słuchacza w towarzystwo dojrzalsze, szlachetnie siwiejace, z którym jakby raźniej zapodawać cokolwiek stetryczałego soft groove rocka, od czasu do czasu czyniąc celne uwagi o upływie czasu i powiązanej z tym procesem chujni. Gdyby Borysewicz dojechał songwritersko, mogło być wręcz nieźle, ale ewidentnie nie jest to dla pana Jana na tym etapie kariery priorytet. Po prawdzie – nie dziwię mu się. It is what it is.
Lady Pank: „LP 40” Rok: 2021 Wytwórnia: Agora Personel: Janusz Panasewicz (wokal), Jan Borysewicz (muzyka, gitara, wokal, słowa), Krzysztof Kieliszkiewicz (gitara basowa), Kuba Jabłoński (perkusja), Jarosław Baran (klawisze), Wojciech Byrski, Andrzej Mogielnicki, Michał Wiraszko (słowa)
Pięć płyt studyjnych, dwadzieścia lat aktywności, a selekcja pięciu numerów TSA, w których wszystko się zgadza jest niełatwym wyzwaniem. Sytuacji nie ułatwia fakt, że opolanie jechali na ogół na jedno kopyto, opuszczając blues-rockowy szlak wyłącznie w obliczu naprawdę śmiercionośnej burzy z piorunami. Patrząc globalnie, najlepsze efekty TSA osiągało poluzowawszy rockerskie majty, o co na przestrzeni lat nie było jednak łatwo. Do tego ten Piekarczyk… A, daj pan spokój. Oto pięć najlepszych numerów TSA według Berserka Etnografa.
5. ” Pierwszy karabin” Płyta:“Rock’n’ Roll” [1988] Muzyka: Marek Piekarczyk, Stefan Machel Słowa: Marek Piekarczyk
Pacyfistyczny, hardrockowy marszobieg, solidnie zaaranżowany i zagrany z duchem hair metalowej epoki. Refren elegancko wynika ze zwrotki, a pogłos na werblu słychać w sąsiedniej gminie. Nie jest to track, który ma potencjał aby zmienić czyjeś życie, ale można do niego bez większego wstydu potupać. Jaki kraj, takie AC/DC. Kwalifikujemy.
4. „Maratończyk” Płyta:“Heavy Metal World” [1984] Muzyka: Marek Kapłon, Stefan Machel, Janusz Niekrasz, Andrzej Nowak, Marek Piekarczyk Słowa: Jacek Rzehak, Marek Piekarczyk
„Maratończyk” przypomina nieco Metallicę z epoki „Kill’em All”, ale na grubaśnym kacu, grającą dwa razy wolniej. Patrząc na datę wydania albumu, raczej nie ma w tym przypadku. Riff jest kwadratowy, ale buja – a skoro buja, to ciężko się czepiać, szczególnie w repertuarze tego pokroju. Piekarczyk coś tam sobie przeżywa, gitarzysta gra solo przez pół numeru; ot, TSA. Będzie.
3. „Ty, on, ja” Płyta: “Heavy Metal World” [1984] Muzyka: Stefan Machel, Marek Kapłon, Marek Piekarczyk Słowa: Andrzej Pacuła
W odtwarzaczu „Heavy Metal World”, a więc lądujemy, bez specjalnych zaskoczeń, w oblaście metallicznym, powiecie „Ride The Lightning”, a konkretnie: w okolicach hrabstwa „Trapped Under Ice”. Jest to w sumie całkiem spoko hrabstwo, więc nie ma powodu przesadnie kręcić nosem na, przykładowo, do cna hammettowskie solo; warto za to zwrócić uwagę na plusy tej sytuacji muzycznej, a więc po pierwsze – udany refren, opakowany w sensowną melodię, oraz – szok i niedowierzanie! – tekst utworu. „Ty, on, ja” to bowiem kompletnie niepospolita w dorobku TSA krytyka egoizmu, dowodząca z pasją o kluczowej roli innych członków społeczeństwa w życiu jednostki. „On jest tak samo ważny, czeka by dostrzec go / Jest gorzej od ciebie ubrany i czuć od niego pot / Ty się bez niego nie liczysz, choć zgubił cel i moc / Bez niego nie warto śpiewać, ty jesteś ważny i on”. Tu naprawdę dzieje się coś wartościowego, na pograniczu lewicy społecznej i zwykłej, ludzkiej empatii. Słow nie napisał naturalnie Piekarczyk, ale liczy się to, co w sieci. Brawo Opole.
2. „TSA pod Tatrami” Płyta:“Heavy Metal World” [1984] Muzyka: Janusz Niekrasz, Marek Piekarczyk Słowa: Marek Piekarczyk
Jeśli w twoim Top 5 drugim numerem jest minutowy żart, to wiedz, że coś się dzieje – i to nic rewelacyjnego. „TSA pod Tatrami”, z niewymuszonym uśmiechem wieńczące drugą płytę zespołu, to zerknięcie przez judasz w równoległy wymiar, w którym TSA jest ekipą repertuarowo wyluzowaną i emitującą myśl muzyczną poza ciasną skrzynkę blues rocka. Mina rzedła mi przez cały, obmierzły „Heavy Metal World”, aby w samym epilogu, o ile dobrze pamiętam, przyprawić mnie o szczery chichot. Dziesięć punktów dla panów w skórach.
1. „Nocny sabat” Płyta:“TSA” [1983] Muzyka: Andrzej Nowak, Marek Piekarczyk Słowa: Jacek Rzehak
„Nocny sabat” galopuje przez zimne niebo stanu wojennego niczym kometa zmiany. Gitary uzupełniają się, przeplatając miodne harmonie i ocierając się o Święty Graal ulęgałki prostoty z progresją. Piekarczyk, niczym piskliwy muezzin, omijając cenzurę obwieszcza całemu skutemu lodem krajowi, że system przegrał – nawet jeśli sam o tym jeszcze nie wie. „Czarownice bezwstydnice, każą dzieciom wcześnie spać / Przekopują piaskownice, w piłkę też nie wolno grać / Dzieci nie są takie głupie, sabat już nie straszny im / Trochę sobie popłakały, na podwórku robią szum”. Akordy są wojownicze i triumfalne, gotuje się młoda krew. Szczytowe osiągnięcie TSA.
W rozświetlonym choinką studiu telewizyjnym siedzący na podłodze Panasewicz tłumaczy dziecku powagę najpotężniejszego z wyzwań, jakim jest życie. Borysewicz molestuje kamerę nieruchomym, wampirzym wzrokiem, uspokajająco plumka syntetyczny bas. Niewątpliwym highlightem klipu jest jednak reakcja kurczowo wczepionego w pluszowego misia chłopca na panasewiczowskie: „Daj mi dłoń”, a konkretnie – totalne przerażenie.
9. „Nie mów mi teraz dobranoc” Płyta:“Zimowe graffiti” [1996] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Janusz Panasewicz
Druga i niestety nie ostatnia dziś wizyta na „Zimowym graffiti”, na której to płycie działy się dwadzieścia dwa lata temu rzeczy straszne. Cyniczna, bełkotliwa parapoezja rozkwita na tle dźwiękowego smogu w „nocny płaszcz nieba” i „guziki gwiazd”, aby następnie powędrować w entuzjastycznie przez Lady Pank odwiedzanym kierunku nostalgii ludowej. Rozpalmy ognisko ze snów, nie trzeba już słów.
Żenujący hymn o niezłomności rokendrola, trwającego na przekór niezliczonym wrogom w najgłębszych zakamarkach sklepów muzycznych. Nie jest on bowiem, tłumaczy Mogielnicki, jak jakaś Coca Cola; jego trzeba po prostu czuć, tak samo jak z „panienką”. Numer wieńczy rechot zadowolonego z siebie, obślizgłego maskulinizmu, a ja wyszukuję w przeglądarce hasło: „zmiana płci”.
7. „Pani moich snów” Płyta:“Teraz” [2004] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Andrzej Mogielnicki zaprasza panie na warsztaty z bycia dobrą kobietą swego mężczyzny. W programie między innymi: aksamitna mowa, dawanie partnerowi świętego spokoju, okazywanie miłości i wstęp do trudnych nauk o tym, że mężczyzna nie zawsze jest pomnikiem smoleńskim i zdarzyć mu się może również słabszy dzień. Specjalne dyplomy Pani Jego Snów do odbioru w recepcji budynku Sony BMG.
6. „Wspinaczka (czyli historia pewnej rewolucji)” Płyta:“Strach się bać” [2007] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Mogielnicki na trudnym szlaku metaforyczno-politycznym. Poetycka diagnoza polskiej transformacji nadyma się aż po siwe skronie, budząc w efekcie tyle wzruszenia, co odnaleziona po latach reklamówka Baltony.
Pozostałoby prawdopodobnie „Nie omijaj mnie” tylko jedną z setek tysięcy hadrockowych mizerii końca lat osiemdziesiątych, gdyby nie moment ekstazy poetyckiej Jacka Skubikowskiego, który upstrzył toporną gitarową maź kawalkadą porównań i rozwiązań co najmniej zagadkowych, prym pośród których bez wątpienia wiedzie „biała ściana słów”. „Nie omijaj mnie jak kamień”, woła rozdzierająco Panasewicz, a ja, mimo dekad poświęconych na studiowanie tego tekstu w opuszczonych inkaskich ruinach, wciąż nie ogarniam.
4. „Wolności głos” Płyta:“Międzyzdroje” [1996] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Janusz Panasewicz
Prawdopodobnie najbardziej nijaki muzycznie utwór, jaki kiedykolwiek udało się kreatywnemu przecież Borysewiczowi wyemitować. Z odsieczą rusza Panasewicz, cesarz nostalgii ludowej, i tradycyjnie „zwariowane gonią dni”, „już od tylu, tylu lat poznajemy życia sens”, „całą noc i cały dzień ktoś na świecie rodzi się” i tak dalej. Sunie „Wolności głos” znikąd, donikąd i po niczym, co w sumie stanowi, jeśli się nad tym zastanowić, pewne osiągnięcie.
3. „Mały rastaman” Płyta:“Łowcy głów” [1998] Muzyka i słowa: Andrzej Łabędzki
Gitarzystę Andrzeja Łabędzkiego w trakcie jego siedmioletniego pożycia z zespołem Lady Pank tylko raz dopuszczono za stery kompozytorskie, z jakiegoś powodu dorzucając również literackie. Nie sposób odgadnąć czym koncept „Małego rastamana” tak zachwycił Borysewicza i Panasewicza, aczkolwiek bez wątpienia jest to jedno z największych dziwadeł w historii kapeli. Muzycznie track kultywuje karłowate polskie reggae, pochylające się z grafomańską zadumą nad problematyką jarania zioła, aczkolwiek trudno oprzeć się wrażeniu, że był to – przynajmniej do tego momentu – ostatni chyba kontent, jakiego na płycie Lady Pank należało się spodziewać.
2. „Święta, Święta” Płyta:“Zimowe graffiti” [1996] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Janusz Panasewicz
W środku miasta wybucha komercyjny wulkan, a po gorącej lawie na deskach z cynizmu spływają Panasewicz i Borysewicz, aby wręczyć zrozpaczonym rodzinom najgorszy świąteczny prezent w historii Rzeczpospolitej Polskiej. Niecna parszywość „Świąt, Świąt”, jak i całego „Zimowego graffiti”, jest wręcz galaktyczna. Rok 1996 na zawsze pozostanie w kalendarzach datą czarną niczym lej po lecie i zimie zniszczonych przez gejzer łotrostwa, obudzony przez Lady Pank dwoma okolicznościowymi albumami. Mam nadzieję, że śpicie, panowie, dobrze.
Przestaje być śmiesznie: zgredzkie wypominki o przelecianych laskach toczone są językiem parszywym i seksistowskim. Z patriarchalnego ping ponga pomiędzy Panasewiczem i Borysewiczem można dowiedzieć się który z nich był „pierwszy i lepszy”, komu jako pierwszemu „się znudziła” oraz kto otrzymał „oryginał dowodu miłości”, a kto taki dopiero „wyrabiał”. „Spuść powietrze, po co złość”, klepie mnie po plecach pojednawczo Panasewicz, „wszystkie kobiety przecież nasze są”. Nie wszystkie, panie artysta, całe szczęście. I nie klep mnie pojednawczo po plecach, bo sobie nie życzę. Ile kosztowała ta zmiana płci?
20. „Wielki supermarket” Płyta:„Strach się bać” [2007] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Oto przykład refleksyjnego, starczego popu, którego Lady Pank zarejestrowali zdecydowanie za mało, tracąc – szczególnie drugiej dekadzie lat dwutysięcznych – czas na odmładzanie targetu, płyty świąteczne i ekshumacje własnych przebojów. Zgadzają się harmonie, akcenty w refrenie przyjemnie haczykują, a pesymistyczna diagnoza, pomimo banalnego porównania, brzmi szczerze i poruszająco.
Sequel „O dwóch takich, co ukradli Księżyc” oryginałowi do pięt nie dorósł, a z całego przedsięwzięcia uratować można praktycznie tylko jeden numer; na szczęście dość fajny. Niby są czary i zmieniający się w osły ludzie, ale całe to gadanie o fantazji i wyobraźni uświadamia wyłącznie, jak daleko wylądował Borysewicz o geniuszu pierwowzoru, który magię na wszystkie strony świata emitował zamiast o niej pierdolić.
Numerów zgranych do usranej śmierci łatwo nie docenić i cisnąć z ulgą na śmietnik historii, co byłoby jednak w przypadku „Marchewkowego pola” poważnym błędem; pejzaż jest bowiem niezwykle sugestywny i konsekwentny, Kulminacyjne „wszystko się może zdarzyć” w akcie popisowego minimalizmu mówi jednocześnie wszystko i nic, a dziwaczne para-reggae brata się z psychodelią pod snopem rysunkowego siana.
17. „Tango stulecia” Płyta:„Ohyda” [1984] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Psychodeliczno-nowofalowe dziwadło, celujące w klimat skwaszonej sztuki teatralnej, co potwierdzają wykorzystane w klipie kostiumy i scenografia. Borysewicz niezwykle rzadko eksplorował te rejony, zapewne na skutek swoich hiciorskich ambicji; nie ma bowiem co ukrywać, że nie jest „Tango stulecia” ani specjalnie przebojowe, ani koncertowe.
16. „Sexy-plexi” Płyta:„Teraz” [2004] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Refren „Sexy-plexi” to małe dziełko sztuki o nieskończonej wręcz używalności. Numer miał potencjał na absolutny wakacyjny hymn, w czym przeszkodził, nie po raz pierwszy i ostatni zresztą, zgredzki tekst Mogielnickiego, pasujący do świeżo brzmiącego tracku jak pralka do obiadu. Szkoda w chuj.
15. „Sztuka latania” Płyta: „Sztuka latania” [składanka rożnych wykonawców, 1985] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Można naturalnie wyśmiewać słynne „life is brutal” i „dalej nic w teatrze lalek”, ale jest coś przeszywającego w wizji człowieka skaczącego ze szczytu bloku z wielkiej płyty, aby uciec z szarugi i przaśności polskiego socjalizmu. Zloopowana w nieskończoność fraza, oparta na szesnastkowym basie i prostym bice, potęguje tylko wrażenie sytuacji bez wyjścia.
Geniusz „O dwóch takich, co ukradli Księżyc” najłatwiej dostrzec we fragmentach, w których baśniowa narracja napotyka pesymistyczną diagnozę, pozostawiając słuchacza w pozbawionym tezy zawieszeniu. „Wciąż jedni są na górze, a inni o szczebel w dół”, mówi Panasewicz, a pozornie banalne „ooo” obija się głuchym echem o ściany obojętnej wieczności.
13. „John Belushi” Płyta:„Tacy sami” [1988] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Zbigniew Hołdys
Borysewicz, tym razem z asystą Hołdysa, u szczytu rzemiosła singlowego. Jakkolwiek nie ostała się z okresu stadionowego poprocka w twórczości Lady Pank żadna akceptowalna pozycja płytowa, to poszczególne fragmenty potrafiły osiągnąć bardzo wysoki poziom miodności. Znajduje ten stan rzeczy odzwierciedlenie również w niniejszym zestawieniu: w pierwszej dziesiątce i na jej bezpośrednich obrzeżach znalazły się aż trzy takie numery. Sztubactwo rzuconego w ejtisową przestrzeń „fałszywy świat!” wprawdzie nieco wadzi, ale cóż to jest za przestrzeń!
Bezczelność „Latającego kota” ujmuje i wysyła numer wprost w przestworza. Prosta melodia uwodzi szczerością, a Panasewicz emituje baśniowy tekst Mogielnickiego aroganckim wręcz tonem osoby dowodzącej absolutnej oczywistości, aby sfinalizować całość nieznoszącym sprzeciwu „gdy powiesz – tak nie bywa, trafiłeś kulą w płot”. Akt oskarżenia przeciwko konwencjonalizmowi.
Totowski „Made in Homo” to jeden z bardzo niewielu słuchalnych fragmentów „LP3”, który dla odmiany słuchalny jest bardzo. Przestrzenne gitary i zawieszony w half-time refren przędą interesujące i wytrawne cztery minuty muzyki, które niesłusznie przepadły w kawalkadzie borysewiczowskich hitów przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
To, co nie nie do końca wypaliło w „Sexy-plexi”, zażarło popisowo w mało znanej „Bulandzie”. Oto wakacyjny hymn doskonały, penetrujący gorące, sierpniowe niebo ponad głowami roześmianych plażowiczów. Aranż refrenu wybornie współgra z eskapistyczno-romantyczną liryką, a cały numer emituje wokół mocną, słodką woń lat dziewięćdziesiątych. Miód.
„Siedmioramienna tęcza” rozwija się przed uszami słuchacza powoli niczym podniebny most, którym wiedzie droga do nowego, lepszego świata. Numer nie tylko kreśli piękny, przestrzenny pejzaż, napełniając równocześnie serce naiwną wiarą, ale umiejscawia również banalne „la, la, la” w kontekście muzycznym nadającym mu pełną epickość i nadymając barwnie nieistniejąca treścią.
8. „Tacy sami” Płyta:“Tacy sami” [1988] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Jacek Skubikowski
Trudno się bronić przed nachalną przebojowością tego tracku i w zasadzie nie ma po co. Finisz lat osiemdziesiątych w pełni blasku: chórki, przedszkolne klawisze i proste bity. Starczy? Pewnie, że starczy. Duży bonus należy się za enigmatycznie pozbawiony czasownika refren: „tacy sami, a ściana między nami”, dzięki czemu ten najbardziej pasujący można stworzyć i wstawić w utwór samodzielnie.
7. „Kryzysowa narzeczona” Płyta:“Lady Pank” [1983] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Jeden z trzech numerów z debiutanckiej płyty wrocławian w pierwszej siódemce, ale jedyny zawdzięczający tę sytuację tekstowi. „Kryzysowa narzeczona” to złoty strzał Mogielnickiego, którego prawideł na przestrzeni dekad z reguły nie dawało się ani czytać, ani tym bardziej słuchać; tutaj jednak fraza poraża lekkością i precyzją, bezwysiłkowo meldując się pomiędzy najbardziej sceptycznymi zwojami mózgowymi. Za błyskotliwe „mogłaś być już na dnie, a nie byłaś; nigdy nie dowiesz się co straciłaś” oraz zapętlone w bridżu „wesołych Świąt” należy się autorowi dożywotnia zniżka na bilety komunikacji miejskiej w miejscu zamieszkania.
Perfekcyjne otwarcie (prawie) perfekcyjnej płyty, czyli dwuminutowy, tęczowy wpierdol. Skupiony na zadaniu Borysewicz rozpoczyna utwór od wykrzyknika, aby zakończyć go kropką, równie precyzyjną, co finałowa konstatacja: „był Księżyc, nagle znikł”. Był numer, nagle znikł.
5. „Zamki na piasku” Płyta:“Lady Pank” [1983] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Borysewicz wprawnie spina przestrzennymi pajęczynami terrorystyczną narrację oraz precyzyjny, niemalże drum’n’bassowy stelaż rytmiczny. Całość emituje naprawdę wiarygodnie skonstruowany nerw i brzmi – jak na 1983 rok – w chuj nowocześnie.
4. „Zostawcie Titanica” Płyta:“Tacy sami” [1988] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Grzegorz Ciechowski
Stadionowy pop borysewiczowski u szczytu formy, wzmocniony dodatkowo mistrzowskim zabiegiem aranżacyjnym w postaci pominięcia drugiej zwrotki; po fragmencie instrumentalnym niespodziewanie pojawia się bowiem zintensyfikowany, wykrzyczany bridż, kumulując się w być może jedynych w dyskografii Lady Pank sekundach wywołujących u słuchacza autentyczny dreszcz.
„Całe życie” obiera, kosztem potencjału singlowego, ścieżkę transową i wygrywa w ten sposób nagrodę może nie główną, ale znaczną, bowiem melduje się na najniższym stopniu ladypankowego podium. Tekst Mogielnickiego spotyka muzykę Borysewicza na najlepszym z etapów: koncepcji, skąd kontynuują wspólną podróż w górę strumienia narastającej furii. Tematycznie powiela „Całe życie” bardziej znane „Vademecum skauta” ze słynnego debiutu, sprawiając jednak dużo bardziej skanalizowane i przemyślane wrażenie. Oto odsyła bowiem czterowiersz: „Mówią: wyprostuj się; mówią: na kołdrze dłoń; mówią: zdolny, a leń; mówią: na ramię broń!”, zwieńczony bezsilną konstatacją w miejsce typowego dla Mogielnickiego sarkastycznego rymu, w bezpośrednie sąsiedztwo – przy zachowaniu wszystkich proporcji – watersowskiego „The Wall”, zaś truskawkę na torcie stawia fusionowy break. Brązowy medal.
Siedmioramienną tęczę przesłaniają chmury, a rysunkowe niebo przestaje się uśmiechać. „Czarownik”, podobnie jak „Hrabia”, wprowadza na „O dwóch takich, co ukradli Księżyc” warstwę niepokoju i podwójnego dna, potęgowaną przez nierozwiązany melodycznie refren. Cały świat się śmieje, gawiedź mdleje, ale uśmiech i optymizm ulatuje z obrazka niczym wilgoć z pustyni. „Hokus pokus i po krzyku”, mówi Panasewicz, a dzieciństwo się kończy. Srebrny medal.
1. „Wciąż bardziej obcy” Płyta:“Lady Pank” [1983] Muzyka: Jan Borysewicz Słowa: Andrzej Mogielnicki
Złoto wędruje do korzeni: „Wciąż bardziej obcy”, odważna coda debiutu, idzie pod prąd wszelkim radiowym ramom. Przestrzeń, proste słowa o wyobcowaniu i pozbawiony bębnów groove splatają się w absolutnie unikalne pięć i pół minuty w dyskografii Lady Pank. Samotność i złość, pozbawione sekcyjnego stelażu, kłębią się pod sufitem niczym sycząca, zielona mgła, uwolniona dopiero przez atmosferyczne, floydowe outro. Wielki numer, wielka sprawa, historia.
Piętnasty album Lady Pank przyniósł „Z dachu” – jeden z najdziwaczniejszych liryków w przepastnym dorobku zespołu. Janusz Panasewicz kreśli w nim sugestywną wizję symbolicznego odsunięcia się na bok od galopującej cywilizacji w celu osiągnięcia wewnętrznej harmonii. Symbolicznym marginesem oddechu jest dach budynku. Słuchamy:
Zbudzony w środku nocy, choć za oknem dzień Układasz w głowie wszystko, chyba to był sen
Pomijając zalatujący liceum ogólnokształcącym koncept „nocy w środku dnia”, można założyć, że „zbudzonym” można zostać przede wszystkim ze snu. Skąd więc ta wątpliwość, to „chyba”? Nie wiadomo.
Wchodziłeś po drabinie na samiutki dach Nie ma w tobie strachu, co za widok z dachu
Moment rześkości i oprzytomnienia prowadzi więc na symboliczny dach. Podmiot liryczny nie czuje strachu związanego z przebywaniem na dużej wysokości, bowiem przeważa piękno rozciągającego się poniżej świata przedstawionego. Warto więc było się obudzić, warto było zaryzykować.
W kieszeniach ręce trzymasz i rozglądasz się Po prawej helikopter coś od ciebie chce
Trudno powiedzieć czego – poprawną formą jest bowiem w tym przypadku dopełniacz, panie Panasewicz – miałby „chcieć” będący elementem scenografii helikopter. Zawracać głowę? Pytać o godzinę? Łatwo odnieść wrażenie, jakby zamierzał bohater ten natrętny, dwusilnikowy pojazd powietrzny o wadze bliskiej tony przepędzić machnięciem ręki lub uśmiercić packą na wiropłaty.
Do przodu parę kroków i spoglądasz w dół Drzewa są zielone, miasta wyludnione
Na dachu, nie licząc naturalnie brzęczącego nad uchem helikoptera, panuje idylla. Rozpościera się ona również na okolicę, gdzie wprawdzie drzewa prawdopodobnie zielone były zawsze, ale miasta wyludnione – już niekoniecznie. Jednym słowem: zasłużone wakacje.
Z dachu dla jaj oglądam kraj Najlepiej gdy przychodzi maj
Chuj z tym majem; czemu „dla jaj”? W jakim celu morduje Panasewicz własną niewyszukaną metaforę? Albo wychodzę na symboliczny dach dla odzyskania równowagi i schronienia przed zgiełkiem, albo „dla jaj”. W przeciwieństwie do Panasewicza nigdy nie wypoczywałem „dla jaj” i być może z tej przyczyny koncepcja ta jawi mi się absurdalną.
Wesoły bądź, na dachu siądź Całkiem bez jaj, piękny to kraj
Podstępny wokalista Lady Pank schwytał nas więc w jajową klamrę na przestrzeni ledwie czterech wersów. Koncepcja spoważnienia w finale i pochwały miedzy nadwiślańskiej ma sens, ale w dalszym ciągu nie wyjaśnia, czemu cały proces miałby rozpocząć się żartobliwie. Można naturalnie za pomocą aktów niepoważnych dojść do jak najbardziej poważnych wniosków; pozwolę sobie jednak na zuchwałe przypuszczenie, że w omawianym procesie twórczym chodziło o coś znacznie bardziej przyziemnego – przykładowo o rym dla „maj”.
I pomyśl sobie jakby pięknie mogło być Gdybyś na dachu bez obciachu zechciał żyć
Jak nie jaja, to obciach. Wychwala Panasewicz niepoważny akt spędzania życia na symbolicznym dachu, a więc uboczu, bombardując nieustannie słuchacza deprecjonującymi cały koncept przymiotnikami.
Cóż warta polityka i na giełdzie krach Nie ma we mnie strachu, będę żył na dachu
W wielkim finale podmiot liryczny pozbywa się więc resztek związanego z przebywaniem na wysokości strachu i postanawia pozostać poza zasięgiem stresu, ponad miastem, w prywatnej oazie świętego spokoju. Po dwóch zwrotkach i trzech refrenach wewnętrznych oddaje się autor prostemu życiu, odrzucając miejski pęd. Refleksja zacna; pozostaje żałować, że nie zrealizował do dziś Panasewicz własnych postulatów, czego efektem są trzy kolejne albumy Lady Pank.
Triumfuje więc umęczona jednostka nad cywilizacją, jajami, obciachem i helikopterem jednocześnie. Piękny ten kraj, piękne bezludne miasta i zielone drzewa. Szkoda, że płyta zdecydowanie mniej piękna.